o mnie o mnie o mnie

9 maja 2012

bezdech

Kiedy tak patrzę na zabieganych, zapowietrzonych, zsuwających się w porannych bólach z łóżek, myślę sobie, że mam dobrze. Wstaję kiedy chcę i robię to, co chcę. Wczoraj znowu przez chwilę poczułam jak to było kiedyś i nie za bardzo się sobie spodobałam. Może to dziwne, ale zbrzydłam. W ciągu kilku minut. Zbrzydło mi wnętrze i wewnętrze. Spięcie, grymas, skupienie graniczące z obsesją, niechęć do współodczuwających, spychanie ważnego na margines, bo przecież ja "muszę, zdążyć, muszę, wyrobić się, zapiąć, najlepiej, perfekcyjnie, ktoś na mnie liczy". Agrafka. Miliardy wewnętrznych agrafek. Podziurawiłam się w kilka minut. Podziurawiłam ICH w kilka minut. I znowu to zobaczyłam. Coś jest ważniejsze od CZEGOŚ. Naiwnie myślałam, że już mi minęło, że się więcej nie powtórzy, że nauczyłam się odróżniać pasję od kompletnego zatracenia. A jednak. Nie chcę znowu taka być. 





















Nie pamiętam, żebym kiedyś pracowała. To było raczej robienie fajnych rzeczy i spełnianie marzeń. Pewnie trwałabym w tych marzeniach nadal, gdyby nie kilka uwierających mnie elementów. Teraz, jeśli uwierają, to na odległość i w opowieściach innych. Dobrze mi. Nienormalna, co? Niezdecydowana, nieokreślona, nieogarnięta, niemyśląca przyszłościowo. Słyszałam już różne określenia. Bo nie tkwię w sytuacji na E i nie mam też bezEowego kaca. Za to mam jaja. Podobno. Dowiedziałam się o tym, rzucając marzenie. "Masz jaja, bo mało kto by się odważył". Może. Gdyby nie określone okoliczności, wiem na pewno, że raczej by mi te jaja nie urosły. A tak - mam parę w prezencie. Chociaż wciąż nie wiem po co. 

Jak się niestety okazało, posiadanie jaj nie wyklucza pojawienia się stanów lękowych (a szkoda). Są chwile, kiedy wątpię i kiedy się boję. Jest ich całe mnóstwo. I pewnie będą zawsze, ale powoli, coraz częściej, zaczynam doceniać to, gdzie jestem. To jaka jestem. Jaka zaczynam być. Znowu zaliczam poranne spacery z psem, które kończą się wtedy, kiedy ja tego chcę, a nie wtedy, kiedy muszą. Codziennie rano zastanawiam się "co by tu dzisiaj", w odpowiedzi słysząc "cokolwiek". Uczę się nie czuć czasu. Nie planować. Nie korzystać z zegarka. Gubić wewnętrzną napinkę. Zaczynam nawet odnajdywać plusy w dorywczości, niestabilności i chwilowej chaotyczności. Bo w tym szaleństwie jest metoda. Naprawdę. Szkoda tylko, że póki co, słabo płatna.

4 komentarze:

  1. Wahałam się pomiędzy stanem "bez napinki" a szukaniem stabilnego zajęcia, niestety wyszło na to drugie. Może stety? Gdy mam jedno, brakuje mi drugiego. Życzę Ci, abyś się nie wahała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to zawsze jest "coś za coś", ale może właśnie o to w życiu chodzi - ciągły niedosyt.

      Usuń
  2. Jesteś normalna i mówię ci, jak najczęściej uciekaj Z Jinglem przed presją zewnętrzną i agrafkami do lasu, parku..do siebie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po części to właśnie Ty zainspirowałaś mnie do stworzenia tego podsumowania :) Życzę jak najpełniejszego (ilościowo i jakościowo) słoika :)

    I podpisuję się pod komentarzem Magdy - nie daj się zewnętrznej presji, szczególnie, że prowadzisz naprawdę fajne życie (wnioskując po niezwykle inspirujących wpisach)...

    OdpowiedzUsuń