o mnie o mnie o mnie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślam. Pokaż wszystkie posty

14 grudnia 2013

Grudzień siadł mi na klatce piersiowej i przydusił

zwijam się w kłębek i znikam
czuję jak powoli jest mnie mniej

nie mam apetytu
nie mam chcenia
oddałam
zgubiłam
zatraciłam
wykończyłam się

zapomniałam dbać
o moce przerobowe
a teraz się boję

wszystkojedności
stycznia
tego co dalej
bo co, jeśli jednak?

o siebie się boję
przewrotnie myśląc dobrze tak się bać
bo to może znaczyć, że znowu zaczyna się być dla siebie najważniejszym na świecie

16 listopada 2013

Przemyślnik

potknęłam się
o kogoś

i już wiem jak to jest wpaść
z deszczu
pod rynnę



/a to Czerwony Kapturek z dzielni. przed czymś chyba uciekał. jak to Czerwone Kapturki/

20 września 2013

Na fotografiach w mojej głowie



























Skaczę do góry w hostelu na Nowym Świecie w zachwycie nad miejscówką
Piję morelowego cydra leżąc pod neonem Warszawa Powiśle
Zsuwam się kominem trzymając łańcuch w drodze na Kozi Wierch
Liczę do stu próbując wytrzymać uderzanie w autokarowe siedzenie na trasie Poznań-Zakopane
Płaczę w schronisku w Roztoce
Czuję dreszcz na widok mojego pomysłu, który ktoś zbudował
Jem najlepsze pierogi świata w kiekrzańskiej pierogarni
Jestem sama w Tatrach
Tańczę do 4 rano przy silent disco
Piekę ciasto czekoladowe
Rozpuszczam włosy na Przełęczy pod Chłopkiem
Maluję rzęsy na niebiesko
Szalajam się po nocy w towarzystwie Holendra
Siedzę sama w pustym mieszkaniu
Zachwycam się swoimi łydkami i brzuchem
Czuję dreszcz na szyi
Piszczę na widok morza i objadam rybami
Jestem dzieciakiem podczas ulewy i zaliczam na rowerze wszystkie kałuże
Wpadam w obłęd smakując najlepsze burgery świata
Biegam w grupie przezwyciężając sama siebie
Wykluwam się na nowo pewnej nocy
Zjeżdżam z górki i wcale się nie boję
Siedząc na fryzjerskim fotelu słucham o tym, jak zostać skutecznym samobójcą
Pędzę po poligonie z potem na plecach, wiatrem we włosach i wszechogarniającym szczęściem
Wydarzam się komuś


Znowu czuję, że żyję.
Uczyć się mówić "tak" wszystkiemu, co napotykasz.
Warto.

14 września 2013

Lata świetlne

_______
czerwiec

nie walcz z tym co teraz, bo będziesz mieć siniaki.
i pisz jeśli Ci się kłębi w głowie.
dla siebie.
na potem.
na zdrowie.

albo mów.
skoro to pomaga.

i oddychaj. głęboko.
bo będzie dobrze, wiesz?
rób, co potrzebujesz.
nie musisz się tłumaczyć.

jedz zielone, pij jeśli musisz. byle nie za dużo.
ruszaj się często, śmiej gdy tylko możesz.
i tańczyć nie zapomnij, tak mocno jak ostatnio.
a jak cię ktoś wyciąga w teren, to z nim może idź.
no przecież co ci szkodzi.

a potem umieraj ze szczęścia jadąc na rowerze.
słońce łap, włos rozwiewaj, nad morze jedź.
endorfin szukaj. i zmieniaj się codziennie.
a te góry w głowie w końcu zrealizuj.

nie planuj. samo się rozwiąże.

i dbaj o siebie.
koniecznie.

a mieszkanie wybierz małe.
żebyś się o puste ściany za bardzo nie poobijała.

________
wrzesień

W kawalerce z pająkami, pamiętam, ale nie rozpamiętuję.
Zapominam. Powoli.
Rozciągam myśli aż pękną, a w wolne miejsca wsuwam nowe, tworząc inne coś na bliskość.
Jedyną jaką mam. I najpiękniejszą, jaką mogłam sobie wymarzyć.

Zamazuję przeszłość, łapię teraźniejszość, zaczynam zerkać co jest za zakrętem.
Czasem się tylko zastanawiam czym sobie zasłużyłam na to, co się teraz dzieje.
To szaleństwo, prędkość, energię, uśmiech i szczęście.
Wakacje - niewakacje w nowym życiu. Po życiu.
I po raz pierwszy biorę to co mam.
Czerpię garściami.
Wchodzę jak w masło.
Nie patrzę na zegarek.
Nie kalkuluję.
I nie żałuję.
Po raz pierwszy.

Mój czas. Tylko mój.

Zakochana w nowym życiu.
Po życiu.

Dziękując za boskie lato, niecierpliwie czekam na jesień.

10 czerwca 2013

Pierdzący celofanik

you blogging? like your friend?
yyyy...yyy....yes
in english too?
no. too many words
to translate?
yes.
and you blogging about what?
hmmm...everything? life. my life
is it exciting?

No właśnie - is it? Gdyby pytacz holenderski zobaczył te "too many words", które tu ostatnio zostawiam miałby pewnie niesmaaak*. Chociaż jak patrzę na ostatnie pół roku, to było bardzo exciting, rollercoaster - góra, dół, góra, dół. Ale nie na blogu. Trafiłam na moment, gdy trzeba osobiście. Bez klawiatury i internetu. Osobiście. Ogarnąć rzeczywistość i się z nią zmierzyć. No i się zmierzyłam. Aż mi się centymetr skończył.

ojej! jest cię połowa! - powiedziała ona niewidziana przez pół roku.
ano jest - połowa ciała i duszy, po równo - pomyślałam.
jesteś piękna!
że ja? nie pamiętam kiedy mi ktoś coś takiego ostatnio powiedział i żeby to była w dodatku kobieta.
i silna też jesteś!
w sumie to chyba jestem. na ciele coraz bardziej, na duszy niby też, bo decyzje śmiałe podejmuję, ze śmiałymi decyzjami innych też się potrafię pogodzić, i granice stawiam, i mówię "nie" kiedy trzeba. może i faktycznie. że silna. no i może że piękna. bo się piękna czuję. dobrze ze sobą. czasami, chwilami, niepermanentnie. i nawet w siebie wierzę. ale bez przesady. jeszcze mi tylko brakuje, żeby ktoś powiedział "promieniejesz". bo ja z zewnętrza to nawet jestem rozświetlona i chwilami samowierząca w to swoje światło zewnętrzne. chwilami. za to w środku bywa różnie.

Gdyby to tak wszystko bardziej obrazowo ująć - wychodzi mała kupa zawinięta w ozdobny papierek.
Pierdzący celofanik.


PS ciąg dalszy nastąpi, bo dzisiaj pierwszy raz podczas leśnego resetu mózgu, zaskoczyły mnie myśli. atak. zmasowany.
i nie dał się zapisać, bo ja przecież w lesie. a miało być pięknie, bezmyślnie, na łonie z endorfinami. więc ja muszę pisać. żeby mi się nadal przyjemnie resetowało głowę w lesie. bo jeszcze biegać przestanę, a tak to być nie może.


*słowo smak (pisane "smaak") jako jedno z dwóch, ma takie samo znaczenie po polsku i po holendersku. drugim takim słowem jest pech
podróże po Polsce kształcą.

11 stycznia 2013

Yes, i can

Już wiem po co mi kalendarz. Zawsze myślałam, że blog to myślodsiewnia. Ale tu nie wszystko mogę i nie wszystko chcę.
A teraz mam kalendarz. I wczoraj, z okazji "robisz coś cały czas. serio", na spokojnie w tym swoim kalendarzu rozpisałam całość tego, co robiłam przez miniony czas, żeby ktoś mnie zechciał. Bo wydawało mi się, że to było za mało albo takie po prostu nic. I patrzę sobie teraz na tę rozpiskę i się uśmiecham. Bo nie ma tam miesiąca bez działania. Prawie wszystko charytatywnie, bez złotówkowego sukcesu. Ale robiłam, tworzyłam, próbowałam i parłam do przodu jak ta ćma do lampy. Jestem poparzona i nauczona. Już wyczuwam kiedy warto, a kiedy nie. Lekcja. Opłacało się. I wczoraj na spacer wyjść też się opłacało. Bo trzeba się otaczać ludźmi, którzy mówią "yes, u can" i rozpalają ducha na nowo.



Oświadczam, że jestem rozpalona. Iskrzę.
To, co wczoraj wieczorem i dziś rano, nazywa się szczęście. Ten krótki moment, chwila. Szczęście.

7 stycznia 2013

Red Light


W wolnej chwili, zasypana końcówkami noworocznych podsumowań tu i tam, zerknęłam w miejsce podpisane "statystyki".
I z tego miejsca wynika, że najbardziej to wy lubicie moją internetową depresyjność, smutność i uginające się kolana. Nie podoba mi się. Pochmurności szukać w sieci - niedobrze. Radości szukajcie. Twórczości. Otwartości. Ulepszania świata. A jak nie w sieci, to za oknem. Albo w sklepie. Gdzie bądź. Żeby głowę przewietrzyć. Nie wpaść w paranoję i iluzję, że to, co się tutaj klika, to jest ważne, najważniejsze. Bo nie jest. Czasem tylko bywa. Dla autorki.

4 stycznia 2013

list osobisty

Znacie kogoś, kto wam odbiera energię, ładując przy tym swoją? A tych świecących światłem odbitym, co to blednie jak się zmruży oczy? Są jeszcze jednostki wybitne - tracące przy bliższym poznaniu. I te bolą najbardziej, bo się dało szansę.

A ja mam przeciwwagę. Prawdziwą. Mądrą. Energii dodającą. Znalazłam niedawno. Widziałam. Słuchałam. Rozmawiałam.





















Bo jest taki ktoś, kto mi udowadnia, że można. Bo jak się chce, to zawsze można. No przecież. Że życie trzeba garściami. Że mocno, jak cytrynę, aż nam zachlapie sokiem najnowszą garsonkę. Nie przeżyć, a żyć. Nie świecić, a być. I wcześnie wstawać i myśleć o nowym. Trwać w zabieganiu. Kochać. Rodzić pomysły i nie płakać nad rozlanym mlekiem. Tyłek ściskać i działać. Zawsze z pasją. Zawsze do przodu. Nawet jak to coś błahego. Nawet jak się nie udaje. Próbować. Zawsze.

I ja w tej przeciwwadze zobaczyłam samą siebie, lat temu niecałe trzy. Pamiętam to słońce, ulicę, maj w kalendarzu i  uśmiech. Szczęście też pamiętam. Bo właściwe miejsce i właściwy czas. Bo jestem, bo jesteś, bo wszystko będzie dobrze. A dzisiaj kiedy o tym myślę, to mi się szkli tu i tam. Bo ja już zapomniałam, że tę wiarę miałam w to, co dobre. I siłę by przeć dalej, jak przed nosem ściana.

A przeciwwaga mi przypomniała. Że trzeba. Nadal trzeba. Na szczęście pracować. Mimo wszystko. Jakkolwiek.
Choćby było ciężko i bez światełka w tunelu. Choćby wiatr w oczy i stołek chyboczący. Choćby.


Magda, dziękuję.

30 grudnia 2012

Nów znów

MYŚL PODSUMOWUJĄCA ROK 2012
Dostać po tyłku, tak, żeby wynieść z tego korzyść, trzeba umieć. Nie potrafiłam. Się uczę. 

MYŚL ROZPOCZYNAJĄCA ROK 2013
To będzie rok do dupy. 

Po raz pierwszy nie boję się tego głośno i wyraźnie napisać (mówić, też mówię - sama sobie przed lustrem). Naczytałam się mądrości, nasłuchałam - bez rezultatu. Żadne afirmacje (uwierz, że czeka cię cudowny rok), ani tym bardziej straszenie, że negatywnie zaklinam rzeczywistość, mi w zmianie zdania nie pomogą
.

Jasno oznajmiam - to nie pesymizm, to szalony i cichy 
realizm, który szepcze, że z takim "do dupy" podejściem, jedyne co mnie może spotkać, to pozytywne zaskoczenie. A ja się bardzo chcę pozytywnie zaskoczyć. Bardzo.


Pisałam już, że nie działa na mnie Nowy Rok. Bo nie działa. Nie lubię, nie przepadam, nie celebruję. Wtedy najbardziej lubię być w pracy. Albo układać scrabble. Albo przespać północ. Względnie grać w kręgle na Xboxie z chrześnicą. Tak to ja mogę. Ale podniecać się zmianą cyferki, to nie dla mnie. I tym razem też się nie podniecę. Nie zaplanuję. Nie rozłożę tego momentu na czynniki pierwsze. Nie chcę. Nie muszę. Nie potrzebuję. Jedyne czego mi trzeba, to cisza. I miałam ją mieć. Wymyśliłam sobie moją pierwszą, samotną, sylwestrową ciszę. Bez szampana, towarzystwa i wizji na przyszłość. Taka lekcja dla mnie i o mnie. Chociaż trochę boli. Ale, że wymyślanie sobie, a ludzie wokół, sobie - spontanicznie, z nieba spadło zaproszenie. Zaproszenie-namówienie. I ja się poddałam. A teraz się uśmiecham. Bo będę miała ciszę. Tyle, że wśród ludzi. Uspokoję głowę, trochę mniej pomyślę. To mi dobrze zrobi. I przypomnę sobie, co napisałam w październiku:

  • NIE ODKŁADAĆ NA PÓŹNIEJ
  • MNIEJ SIĘ MARTWIĆ
  • NIE NARZEKAĆ
  • ŚMIAĆ SIĘ DO ROZPUKU
  • NIE ŻAŁOWAĆ
  • BAĆ SIĘ MNIEJ
  • PRÓBOWAĆ

a potem jeszcze dorzucę :
ŁAPAĆ WSZYSTKIE SZANSE
NIE MIEĆ OCZEKIWAŃ

I, przez przypadek, litania noworoczna gotowa.

PS a życzenia dla Was, schowałam TU. i ciekawa jestem czego sami sobie życzycie?

___________________
TO OSTATNI ciut MALKONTENCKO-CKLIWO-DEPRESYJNO-POCHMURNY WPIS NA BLOGU, W TYM ROKU. ZA KAŻDY PODOBNY, W NOWYM KALENDARZOWYM, PROSZĘ MI DAWAĆ PO ŁAPACH. BO ROK DO DUPY, MA BYĆ FAJNYM ROKIEM NA BLOGU. TAK POSTANOWIŁAM. AMEN.

6 grudnia 2012

sąsiedzi

Nigdy nie przywiązywałam zbytniej wagi do sąsiadowania. Od małego byłam przyzwyczajona, że sąsiedzi po prostu są.
Że to jest oczywista oczywistość. Że, jeśli trzeba - pomogą, pocieszą, pożyczą sól dla mamy.

Z mojego dziecinnego sąsiedztwa pamiętam starszych państwa mieszkających vis-a-vis. Byli z pięknego miasta Chodzież (to to miasto od porcelany). Sądziedzi vis-a-vis wyprawiali urodziny, imieniny, świętowali rocznice, na które zapraszali całą moją rodzinę, z dziadkami włącznie. Pamiętam zapach pokoju starszej sąsiadki. I jej toaletkę z mazidłami. Żadne mazidła nigdy tak potem nie pachniały, jak te u niej. Przedwojennie tak. Dzieliliśmy też wc. Kto nigdy nie miał toalety w starej kamienicy, takiej do której trzeba mieć specjalny klucz i która jest dobrem dwumieszkaniowym, nie zrozumie. Teraz sobie myślę, że to jakiś kosmos, to całe zerkanie przez wizjer, czy sąsiadka już wyszła, czy jeszcze siedzi, ale wtedy to było normalne. Irracjonalne mam wspomnienia z tej toalety. Pamiętam firanki w oknach przewiązane czerwoną wstążką i gołębie gruchające za oknem. I przedziwny, z perspektywy czasu, brak obciachu, że się ma kibel na klatce schodowej. Nawet jak się na liczniku pojawiło lat 21. Przedziwne to.

Wracając do dzieciństwa. Pamiętam śmierć sąsiadów. Jednego z choroby, drugiego z miłości i tęsknoty, za tym pierwszym. Byliśmy na pogrzebie. W tej ładnej Chodzieży. Wtedy pierwszy i ostatni raz widziałam czyjeś zwłoki. I pamiętam, że po śmierci w mieszkaniu sąsiedzkim, jak zaczęli wynosić szafy, pachniało starymi ludźmi.



Z dziecinnego sąsiadowania mam też przebłysk zalanego w trupa faceta z drugiego piętra. I moje, prawie nastoletnie, przerażenie. Leżał sobie ten z drugiego piętra na środku schodów, a ja nie mogłam przejść. Bo co - chwyci za nogę, czy nie chwyci? Wystarczył dzwonek do drzwi na parterze i chwilę potem, za rękę z sąsiadem z dołu, dzielnie przekraczałam, przytulone do schodów, alkoholowe wyczerpanie.

A potem mi się sąsiedztwo rozmyło. Przeprowadzka na drugi koniec miasta. Kamienica zamieniona na osiedle domków takich i śmakich. Coraz wyższe ogrodzenia i żywopłoty (nawet ładne, nie powiem). Była też emigracja do innego miasta i kolejno - cicha okolica ze starszymi, obcymi ludźmi, centrum miasta ze studentami w tle, a teraz stara, piękna kamienica w tej ładniejszej części miasta, na nazwę którego, wielu się wzdryga.

Soli nie pożyczam, na imprezy mnie nie zapraszają (za to zaliczyłam kilka wspólnych spacerów z psem, co sobie chwalę), ale wiem, że wracając po nocy przez ciemne podwórko, nie muszę się bać. Na 95% przy śmietnikach, zapchanych "podejrzanym elementem", usłyszę "cześć", a czasem nawet załapię się na otwieranie drzwi.

Myślę o tym i się zastanawiam, czy i kiedy będę oswajać kolejne miejsce.
Nie wiem czy chcę.

20 listopada 2012

Weltschmerz

Człowiek spekuluje, co by było gdyby. To znaczy ja spekuluję. Bo to bardzo lubię. Tak się umartwiać straconymi szansami i możliwościami. Tym swoim boskim, niewykorzystanym potencjałem. Co ja bym mogła, gdyby...

Na szczęście od czasu do czasu człowiek spekulujący, doznaje oświecenia. Zwykle oświecenie przychodzi z zewnątrz, kiedy człowiek jest gotowy upublicznić te swoje werterowskie rozterki. A jak je upubliczni, to mądre zewnętrze strzela go rzeczywistością prosto w pysk. Strzał był celny, bo "odkryłam", że ja mam dopiero..., no po prostu, że ja jeszcze dużo mogę. 

Ja. Bez zobowiązań. Bez zakotwiczenia. Zamiast mielić "nic nie mogę, bo...", powinnam dokleić do siebie na stałe "mogę wszystko". Bo czego ja niby nie mogę? Nogi, ręce są. Głowa też. Może trochę zmęczona i opóźniona intelektualnie przez bliski kontakt z komputerem (też tak macie, że wam się zdaje, że od tego klikania, czytania, pisania itp. mózgu z czasem ubywa i myślenie się spowalnia?), ale zdrowa i nawet z sensem mówiąca. O! I głos też mam. Niezły. A jak się postaram, to nawet trochę bardziej, niż niezły.

I mi się zapomniało, że się równać wyżej, a nie niżej, chciało. Bo taki był plan. Żeby dalej, mocniej, ambitniej. I ja wiem, że z życiem czasem trzeba iść na kompromis. Wiem doskonale. Ale, co jeśli życie się nagle staje czarno-białe? Zostaje chyba tylko jakieś szaleństwo. Zwłaszcza jak się może wszystko. Zwłaszcza wtedy. Czyli już wiem co robić. Na głęboką wodę chlup! A potem się będę uczyć pływać. Jak mi morskie stworzenia dadzą taką szansę.

źródło

















































Czego nie mam:
- tego
- tamtego
- owego
- blond włosów

A, że istnieją braki, które w miarę szybko da się nadrobić - zostanę blondynką. I to pewnie niebawem. No chyba, że mi przejdzie. Ale, jak mówią przeróżne gazety - prędzej czy później wszystkie będziemy blondynkami. Siwiznę mniej widać. Logiczne. 

19 listopada 2012

Już był(a) w ogródku, już witał(a) się z gąską

Od kilku dni się zastanawiam, czy ja coś przegapiam?
Czy to była ta szansa jedna na sto, w ciągu, ostatniego, marnego roku?
Czy może ja podświadomie sabotuję?
Czy po prostu, zwyczajnie, to opcja niewykonalna, z obiektywnych powodów?

Sama już nie wiem.
Od kilku dni myślę.
I szlag mnie trafia.

Bo ja nie znoszę mieć w głowie znaku zapytania i poczucia straconej okazji (nie mylić z "szansą").

wordsoverpixels

18 listopada 2012

.........................................................................................................................

- a czy ma pani dzieci, męża może? bo wie pani te dojazdy, wstawanie prawie w nocy, to może przewrócić życie rodzinne do góry nogami - wie to pani, prawda?
- wiem, ale ja mam na razie tylko na... (nie, przecież już nie mam - pomyślała)

i dopiero w tym momencie zrozumiała, że nic już nie jest, jakie było. że od teraz musi sobie radzić od początku. nawet jak sobie nie radzi. i jeszcze siły zbierać. te, co je co chwilę gubi.



- a czy ma pani dzieci, męża może?
- nie, jestem sama.

19 października 2012

jak sobie wykreujesz, taki kosmos masz*



Znowu nie wygrałam w totka. I jak tak sobie pomyślałam "co by było, gdybym", to mi wyszło, że byłoby tak samo. Żadne tam mieszkanie, wycieczki zagraniczne, czy super samochód. Tak jak jest. Przynajmniej na razie. Tyle tylko, że ze stabilnym zapleczem i spokojem ducha. I sama siebie tym odkryciem zaskoczyłam. To znaczy, że ja w tej chwili nic nie potrzebuję? Że mi dobrze tu, gdzie jestem? Że nie chcę mieć już, teraz, zaraz, natychmiast? Niebywałe. No, ale gdybać to ja sobie mogę, kiedy w kieszeni dziura, a na tapecie opcja "jak się nie ma co się lubi..."

fakt pierwszy - tak "wesoło" jeszcze nie było
fakt drugi - zawsze może być gorzej
fakt trzeci - samo się nie zmieni

W związku z tym, w końcu ruszyła zakładka, którą planowałam od lipca. Linkujcie, szerujcie, szeptajcie znajomym. Proszę. Dziękuję. Ślę uśmiech.

Ruszam też z wyprzedażą książek. W poniedziałek.
To informacja dla wszystkich, którzy mnie od pewnego czasu wypytywali mailowo, kiedy je będzie można zamawiać.

A poza wszystkim ostatnio siadam i rozpisuję. Po kolei. Dokładnie. Gdzie Ty się chcesz podziewać Dziewczynko za lat 4.
No gdzie? Jako ta podobno dojrzała (nie mylić ze "stara") 35letnia. Bo bez planu to ja zniknę. Wystarczy gubienia się po drodze. Jak znajdę cel, to mi nawet szorowanie podłóg nie będzie przeszkadzało.

PS On stwierdził, że gdyby wygrał w totka, to wykupiłby pół 8a. a potem jeszcze sprowadził super smycze, szelki  i górski ekwipunek gdzieś z Kanady czy Norwegii dla naszego Jingla. kiwając głową i w pełni się zgadzając, zupełnie nieśmiało dorzuciłam do marzeń górę książek. i fortepian.


* tytuł by DaCapo - dzięki!

16 października 2012

wciąż poluję na "Fragmenty"


























"Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie. Popełniam błędy, tracę kontrolę i jestem czasami ciężka do zniesienia. Ale jeśli nie potrafisz znieść mnie kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepsza."

19 września 2012

wpis, którego nie ma

dzisiaj nie miało być wpisu.
dzisiaj miał być smut.
taki zwykły, przeciętny, związkowy smut.

i jest.

się smucę dzień cały.
koncertowo.

może to frustracja.
może zniechęcenie.
może materiał się zmęczył.
w końcu kilka lat, to nie pstryknięcie.
a może to się wypalać zaczyna.
tak po prostu.

wordsoverpixels





















żeby tylko same zgliszcza po tym nie zostały.
bo mi się zrobi słabo.

18 września 2012

bo wtorek to jest dobry dzień

bo niedługo jest święto starych ludzi
bo znowu mam czerwone paznokcie
bo z 20 tygodni zrobiło się 15
bo stanie w miejscu nie pomaga
bo cukier jest za słodki
bo chcę
bo mogę

bo tak.