Burzowy (nie mylić z burzliwym) weekend spowodował, że rzadko wychodziłam z domu, ale jak już wyszłam, to nie mogłam się przestać zachwycać miejscem, w którym mieszkam.
Żadna ze mnie dusza towarzystwa. Nie lubię spędów. Unikam. Za to uwielbiam się snuć bez celu po ulicach, spotykać raz na jakiś czas ze znajomymi na dosyć intensywne co nieco, żeby zaraz potem zamilknąć na długie miesiące. Minus tego taki, że muszę się tłumaczyć "czemu znowu się nie odzywam", a plus, że najbliżsi już są wyćwiczeni w tej materii i cierpliwie czekają, aż wyjdę z nory, a wtedy ogarnia nas dzika radość ze spotkania.
Ja się po prostu szybko nudzę, więc wolę dawkować. I tak mam ze wszystkim. Miejscem do mieszkania też. Jednak po ostatnim weekendzie naszła mnie myśl, że mieszkanie w którym rezyduję teraz, nigdy mi się nie znudzi i będzie moim ulubionym forever. Myślę sobie czasem, że gdybym mogła, to bym je sobie kupiła (i gdybym miała za co ;)).
MOJE MIESZKANIA
"dobre" - pierwsze z serii "bez rodziców" było prawie w centrum. dookoła starsi ludzie, zielono, cicho, blisko galeria handlowa, mały park, duży też (wystarczyło mieć rower), ale znudziło mi się. w środku było komunistycznie z meblościanką i kuchennymi meblami z epoki w tle. duszno i jakoś nie tak.
"majowe" - drugie, też prawie w centrum. duże, przestronne, podobno w strasznej dzielnicy, gdzie ludzie z nożami biegają (załapałam się na taką atrakcję tylko raz) i gdzie się nie śpi, bo kiepskie torowisko i nocne tramwaje dają w kość (po mojej wprowadzce torowisko zostało wyremontowane - jej!). miało się nie znudzić, ale...się znudziło. bo rachunki były wyższe, niż miały, okna nieszczelne, imprezy dookoła i takie tam. jedynym nieznudzonym pozostał mój pies, który pewnie do teraz wspomina te wielkie przestrzenie do leżenia i łażenia. ale nie miał wyjścia - musiał się wynieść z nami.
i tak oto zmierzamy do mieszkania numer trzy! to jest moje mieszkanie marzenie. w samym sercu miasta. miałam nosa, kiedy obstawiałam prawie 3 miesiące temu, że będzie mi tu dobrze. jest. nawet lepiej. aparat ugina się od zdjęć chmur i nieba (publikować, czy nie publikować - oto jest pytanie), ja poznaję coraz bliżej sąsiadów i cieszę z faktu posiadania windy (nie, nie dlatego, że mi nogi odciąża - po prostu nigdy z windą nie mieszkałam i nigdy w takim fajnym budynku-niebloku - o nim kiedyś też napiszę).
Ale. Za bardzo się rozpisałam, a pointy nie widać. Od czego to ja zaczęłam...."burzowy (nie mylić z burzliwym) weekend spowodował, że rzadko wychodziłam z domu, ale jak już wyszłam, to nie mogłam przestać się zachwycać miejscem, w którym mieszkam." Właśnie. Bo się zachwycam ciągle i wciąż. Zdarza mi się wychodzić na dwór (niby do sklepu) tylko po to, żeby się przejść ulicami, źle skręcić, popatrzeć na gzymsy, balkony, ludzi.
Kocham życie w centrum miasta. TEGO miasta.
Najbardziej, leniwe, niedzielne popołudnia - takie, jak to wczorajsze - wszędzie cisza, spokój i śmiejące się dzieciaki skaczące po kałużach.
A w poniedziałki po kałużach skaczę sama.
Marzyłam o tym miejscu, odkąd żyję w nowym mieście.
5 lat i mam.
Zapamiętać - marzenia się spełniają.

I jakie fajne kalosze ;)
OdpowiedzUsuńteż je bardzo lubię :)
UsuńTo mogłabym napisać ja. Mam dokładnie to samo z mieszkanie, z miastem, z jego centrum (tu mieszkam), z wychodzeniem niby po coś :), ze znikaniem i z byciem z sama sobą :DDD
OdpowiedzUsuńno to łapka :)
UsuńUwielbiam takie miejsca i czasem w nich się "zagubiam" niby przez przypadek. Tym razem byłam w małym miasteczku gdzie oglądałam zakamarki ;-) Moja miejscowość jest już rozgryziona. Każdy gzyms znajomy i prawdopodobnie obfocony ;-)
OdpowiedzUsuńMam podobnie. Czasy tułania się po różnych mieszkaniach tych bardziej i mniej ulubionych w Lublinie przyszedł czas na własne M w małym mieście... Moim coraz bardziej ukochanym mieście, gdzie nie ma pośpiechu, pogoni za niczym... jest spokój i coś dla każdego :)
OdpowiedzUsuńTe opisy brzmią jak mieszkania no1 - na Szczęśliwicach no2 - na Pradze Północ, no3 - na Muranowie :)
OdpowiedzUsuńJakie te mieszkania miejskie do siebie podobne :)
Usuńjeśli kiedyś zdecyduję się na stolycę to już będę wiedziała gdzie szukać lokum. dziękować! :)
Usuń:))
OdpowiedzUsuńdrugi i trzeci akapit to o mnie ;)
To jak, ma koleżanka czas np w najblizszy czwartek bądź piatek , po dwudziestej jakie parkowe wino ze mną wypić, tak na godzinkę może dłużej?;)
Sie długo nie widziałyśmy, to raczej sie nieprędko mną znudzisz, co ?
winko to ja nie wiem, bo ja się dietuję (buhahahaha! ;)), ale czwartek po 20stej chętnie. Kato? (się nagadywać będziem...och się nagadywać)
Usuńa może po prostu nie lubisz?;) To co na wodę mineralną, chyba że ty cos lekkiego, a ja sie nabrzdryngolę;P Może byc po 20 w czwartek, przy tej "żabie" - fontannie, koło dworca. Wpędzasz mnie w kompleksy tym odchudzaniem, wiesz;P
Usuńtośmy się właśnie umówiły chyba (woda, nie woda, sok, whatever - towarzystwo fajne, więc popitka nieistotna - tak, komplementem dostałaś :))a w ogóle to chyba czytasz w moich myślach, bo sobie właśnie kilka dni temu wymyśliłam, żeby się z jakąś mądrą kobietą spotkać (ups...drugi komplement, chyba skończę pisać, bo się nie pohamuję ;)). to do czwartku - 20.00? 20.15? 20.30?
Usuń20.15 w porywach do 20.23 :)
Usuńdaj spokój, nie jestem taka mądra, serio!;)
Moge ci to udowodnić na spotkaniu he he:)
Zdjęcia chmur i nieba - publikować, publikować!!! :)
OdpowiedzUsuńJak dobrze czuć się szczęśliwym.Kochać swoje miejsce to kochać też siebie:)
OdpowiedzUsuńTo ja Ci życzę, żeby te o kupnie się też spełniły. Bo w końcu się spełniają! :-)
OdpowiedzUsuńP.S Publikować!
Niech się spełniają :) I jakie magiczne kalosze :)
OdpowiedzUsuń