o mnie o mnie o mnie

2 lutego 2013

Maroko - część trzecia, ostatnia

Wiedziałam, słyszałam, że Jimi Hendrix był kiedyś w Maroko i że mu tam wywróżyli śmierć przed 30tką, ale nie miałam pojęcia, że Maroko to było również marzenie (jak twierdzi Ruda - zrealizowane) Jima Morrisona. Kto też pojęcia nie miał - już ma, a kto wiedział wcześniej - czytał ten fragment bez sensu. Ałć. Tyle wieści historyczno-muzycznych na początek.
A teraz do rzeczy.

Po całym Maroko podróżowałyśmy z Agnieszką koleją. Głównie ze względu na czas (pociągi są droższe, niż autobusy, ale trochę szybsze). Za to już w samych miastach opcje do wyboru były dwie: taksówka lub komunikacja miejska. To, co widać poniżej, to zdjęcia z Fezu (po lewej przystanek autobusowy, po prawej Kurdupel na tle autobusu - lekko niewyraźny, bo wymiętolony podróżniczo):

















Do taksówek jeszcze wrócimy, a na razie skupmy się na podrywach. Żeby się do czegoś przydać w tej podróży, postanowiłam się przebrać i załatwić jakąś zniżkę biletową. Miało mi w tym pomóc wdzięczenie się do pana kontrolera (tak, w Maroku też mają swoich kanarów). Na początku szło opornie, bo pan był trochę wstydliwy i nie chciał wspólnego zdjęcia:

A potem, jak już na mnie spojrzał i zagadał, to ja się zawstydziłam:





















Stanęło na tym, że zniżki z Agą nie dostałyśmy. Kiepska ze mnie podrywaczka. Trudno.

W ogóle w Fezie jakoś nam nie po drodze było z facetami. Przykład pierwszy - wieczór, okolice zachodu słońca i główny plac w mieście. Chcemy zwiedzać i robić zdjęcia, a tu nagle pojawia się chmara facetów. Okazało się, że mężczyźni zaglądają o tej porze na tamtejszy targ i zaczynają grzebać w górach ubrań, żeby coś sobie kupić. Męskie, fezkie szafiarki. Hmm.



















Przykład drugi - zajrzałyśmy w kilka miejsc, gdzie nie było turystów. Jedno z nich to wzgórze w Fezie, gdzie spotykają się ludzie, siadają wieczorem na ławkach i kontemplują widok na góry. Też kontemplowałam:
























W drodze powrotnej mogło być jeszcze przyjemniej, ale nie skorzystałyśmy. Zresztą niech Agnieszka sama wam opowie: "jeden młodziutki chłopak szedł za nami jakieś kilkaset metrów namawiając na "masaż" berberyjski. Bo nie wiem czy wiecie, ale Maroko, szczególnie Tangier, jest miejscem seks turystyki Europejek, podobno w szczególności Niemek". Masażyści, szafiarki - wesoło. Ale! Ja zaczęłam kompletnie od końca, a chciałam wam najpierw pokazać nasz pokój i to, 
co jadłyśmy. 

Pokój w Fezie miał trochę gorszy standard od tego w Marrakeszu, ale posiadał wifi (Agnieszka: "to było moje kryterium - tanio, wifi i ciepły prysznic"), więc nie narzekałyśmy. Zresztą dużo częściej byłyśmy w terenie, niż w pokoju. Bo tam było więcej pysznych rzeczy.
Na zdjęciu po lewej

- góra - cieciorka na ciepło z przyprawami, sprzedawaną z gara na ulicy (Agnieszka: "potem taką miskę się płucze i je kolejny klient. Podobnie jest ze słynnym sokiem z pomarańczy - też płuczą po tobie szklankę i dostaje ją kolejny klient")

- dół - napój narodowy - zielona herbata z miętą, (Agnieszka: "podawana z masakryczną ilością cukru. Zdjęcie zrobione w hostelu w Fezie, na dachu był super bar, polubiliśmy się z jego właścicielem")




Bardzo dobrze wspominamy też śniadanie. Po pierwsze - tanie, po drugie - pyszne (naleśnik francuski z miodem, kawa, sok, rogal), po trzecie z widokiem na słynną niebieską bramę Bab Bou Jeloud:






Wydostanie się z Fezu było dosyć interesujące. Najpierw policjant złapał nam taksówkę, która jechała na dworzec, a potem odwoziliśmy gdzieś poprzednią pasażerkę, która już w tej taksówce siedziała. Na szczęście pociąg nam nie uciekł (po lewej taksówka, po prawej dworzec):



I pojechałyśmy do Rabatu. Długo jechałyśmy, więc mogłam się przykleić do szyby:








Zdjęć z Rabatu nie mamy za wiele, ale za to mamy opowieść Agnieszki. Proszz:
"Couchsurfing w Rabacie, to było niezwykłe doświadczenie. Ta rodzina okazała się niemal jak własna, zyskałam trzech młodszych braci i przybraną mamę. Spędziłam z nimi urodziny najmłodszego syna, który w ten dzień cały czas mnie oprowadzał po Rabacie. Bardzo się polubiliśmy, nadal mamy kontakt. Mahdi ma 20 lat i jest takim typowym pobożnym muzułmaninem, pięć razy dziennie się modlił i nie jadł mięsa, które nie jest hallah. Bardzo, bardzo dobrzy ludzie."
Mama z Rabatu udzielała też Adze lekcji gotowania. Na jej pytanie "jak zrobić tagine?", wyjęła książkę kucharską i powiedziała "to proste, zobacz":





Z Rabatu wyruszyłyśmy w dalszą podróż - do Tangieru. Znowu był pociąg i znowu były widoki. Zwierzęta, domy, ludzie, góry, góry śmieci:



A na miejscu - palmy, palmy, palmy i ocean. Podobało mi się bardzo. Nawet bardzo bardzo:




Podczas całej podróży było mi dobrze i wygodnie. Nawet wtedy, kiedy byłam w plecaku. Aż do Rabatu. Przyznasz się Aga? "lekko Ci nadgięłam szyję, ale nie miałam złych zamiarów ;)". Wybaczyłam - kawa i ciacho na lotnisku w Tangierze, wystarczyły.




I to by było na tyle. Na koniec jeszcze kilka informacji "od kuchni":
- najcięższe w plecaku podczas tej podróży były przewodniki (Agnieszka: "jeszcze nie miałam wtedy czytnika, ale dzisiaj czytnik wpisałabym na moją listę patentów "jak spakować się na tygodniowy wyjazd w 30 litrów")
- każde miasto w Maroku ma zupełnie inny klimat i kolor. np. Marrakesz jest hałaśliwy i nieznośny oraz czerwony, a Rabat biały i bardzo europejski
nie było gorąco - około 20-25 stopni, Agnieszka dwa razy się nawet przeziębiła, ale dzięki temu odwiedziła miejscową aptekę

Pozostałe części marokańskiej podróży wstrząśniętej-niezmieszanej do poczytania:
TU i TAM

I żebyście sobie nie myśleli, że to photoshop, podrzucam historię od której wszystko się zaczęło - KLIK

*wszystkie zdjęcia są autorstwa Agnieszki

8 komentarzy:

  1. No widzę koleżanko, że się po świecie rozbijasz. :) Cudowna podróż :)

    OdpowiedzUsuń
  2. tak mi się chce lata, jak na te zdjęcia patrzę...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyprawa udana jak widzę :)
    Ach... sama bym chętnie się tam wybrała!

    OdpowiedzUsuń
  4. nie za dobrze tak się w słońcu wygrzewać, gdy rodacy z zimna się trzęsą? :)

    Maroko to drugie miejsce na mojej podróżniczej liście. Zaraz po Islandii, a ten Pan z wąsem tylko zniecierpliwienie spotęgował ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i właśnie po to to jest na blogu, żeby się mniej trząść, o! :) zresztą, ja się trzęsę razem z rodakami. to Kurdupel podróżuje - cwaniara mała.

      Usuń
  5. a widzisz, to ja o Hendrixie nie wiedziałam. Jak to dobrze, że Kurdupel uprawia takie podróże, dzięki temu można się wiele dowiedzieć! No i te widoki! ach, dech zapiera!
    I przygody miałyście ciekawe! Nie wiem tylko czy dałabym radę jeść 'z ulicy', mój monkowy świr by chyba tego nie strawił ;)
    Pozdrowienia dla Ciebie i Agnieszki i wielkie podziękowania jej składam, że zabrała Cię w TAKĄ podróż! i szacun - za odwagę!

    OdpowiedzUsuń
  6. Tej bo kanar Cie widział niewyraźnie i dlatego nie było zniżki!

    OdpowiedzUsuń