o mnie o mnie o mnie

22 sierpnia 2012

wszędzie dobrze gdzie nas nie ma?

Wakacje nastroiły mnie refleksyjnie.
Zawsze się tak nastrajam, kiedy ląduję na wsi, bo zawsze obserwuję ciekawe zjawiska.


ZJAWISKO PIERWSZE
Jadę samochodem z moim kierowcą i słucham:
"o, a widzisz ten dom? tam kiedyś mieszkał ten mój kolega co jeździ po świecie i robi takie fajne zdjęcia."
"ten co teraz mieszka w Warszawie?"
"ten sam. jest kartografem"
"a wróci tu kiedyś?"
"nie sądzę"

A tu dzięcielina pała, pola malowane zbożem rozmaitem, wiatr we włosach, niebieskie niebo i kawałek Polski ciągle nieodkryty. Patrzę, wzdycham i myślę kto tu kiedyś zostanie, skoro wszyscy wyjechali...może wrócą. Tyle, że to już tradycja - ich tymczasowe studia zawsze zmieniają się w "miejsce stałego zamieszkania", a wspomnienie o domu
i obcy zachwyt nad miejscem wychowu, rodzi jedno hasło: "cośtynigdytuniewrócę".

A tu pięknie jest.
Codziennie ledwie łapię oddech wciągając to wschodnie powietrze. I myślę sobie, że taki mały domek na wzgórzu, bielony na niebiesko to ja bym kiedyś chciała ("i jeszcze z widokiem na Wieprz" - dodaje mój kierowca, a ja mu przytakuję).





























ZJAWISKO DRUGIE
Zwiedziłam cerkiew. Wizyta pierwsza w życiu. Ksiądz podaje rękę, zapachniało na szybko wylaną na siebie wodą kolońską. Na szybko, bo i goście nie do końca spodziewani. Widzę młodość lat 32, niezbyt długą brodę, słyszę niski głos, w powietrzu czuć niepewność. Otwierają się wielkie drzwi, a w środku dobrobyt i seria pytań: "gdzie ołtarz, po co na krzyżu ukośna kreska, czy społeczność prawosławna duża". Słucham o tym, że wieś mała, że po jednej stronie ulicy cerkiew, po drugiej kościół. Ludzie po mszy w kościele idą do cerkwi, a jak odpust w parafii to zaglądają tam, gdzie akurat odpust, że się obie religie przenikają, że jedność tworzą, że ludzie już sami nie wiedzą kto katolik kto prawosławny, ale że nikomu to nie przeszkadza. Że ksiądz cerkiewny ma żonę i małą córeczkę, że się mocno i szczerze z proboszczem zaprzyjaźnił. Że mu tu dobrze. I ludziom też. I myślę sobie słuchając tego wszystkiego, że uczyć się trzeba od takich ludzi. Zrozumienia i tolerancji się trzeba uczyć. I zwolnić. Trzeba trochę zwolnić.





























ZJAWISKO TRZECIE
Ogród (nie) mój widzę ogromny!
Jabłoń ugina się pod ciężarem kolejnych prawie upadłych jabłek. W małej szklarni ochrzczonej na tunel trwa wysyp pomidorów. Kuszą kolejno: malinowe, koktajlowe, w kształcie gruszki albo zwyczajne. Wybieraj. Do tego cukinie, papryka, buraki, maliny. Idziesz, zrywasz, masz pod ręką. Smaki, zapachy, przetwory. A potem kolejno:

kosić trawę
wypielić ogródek
wystawić twarz do słońca
buraki na chłodnik zebrać
popatrzeć w niebo
usmażyć jabłka
ususzyć jabłka
zgrillować kiełbasę
zerwać bazylię i miętę
umyć samochód
upiec ciasto
znowu skosić trawę
o, kolejne jabłka spadły
iść zbierać

Ktoś to wszystko mądrze wymyślił. Człowiek musi coś z siebie dać, żeby coś dostać. Czasem więcej, czasem mniej. Że zgięty kręgosłup nad kupką ziemi, jest po coś. Że w pracy się zatracić można, uspokoić, pomedytować o życiu wyrywając chwasty. Jest czas. Dany czas. Czas na pracę. Po coś. I ja w tym trwam, widzę sens, przestaję się zadręczać. Wyciszenie, spokój, powolne życie, głębszy oddech, brak pędu za nie wiadomo czym. Monotonia jako medytacja. Jakiś wyższy poziom chyba, jakieś lepsze życie, wartościowsze może. Ciężka praca i szybki efekt adekwatny do ilości włożonego wysiłku.

















































Dziś pomyślałam:
"Osiąść na wsi, dzieci rodzić, psy trenować, szczęściem opływać, na nic nie narzekać. Marzy mi się. Chce mi się zanurzyć i zostać tutaj. Chłonąć to wszystko w całości i we fragmentach. Dobrze mi. Nie wracam." I zaraz potem po głowie, jak otrzeźwienie, kołaczą się słowa księdza prawosławnego: "Ja tu od stycznia jestem, żona na początku ucieszona, oboje byliśmy zachwyceni okolicą, wsią, spokojem. Ale teraz, prawie po roku, żonę ciągnie do pracy, do miasta, coś robić więcej niż tylko opieka nad dzieckiem, coś podziałać, i ja ją rozumiem". Ja też. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

26 komentarzy:

  1. Ooo ,cześć Wstrząśnięta. Miło Cię czytać znów.
    Twoja refleksja ostatnia - jakbym siebie czytała. Ostatnio stwierdziłam, że wioski, małe miasteczka, och tak, to ja bardzo. Spokojnie życie płynie, dzieje się dużo, ale tak jakby... wolniej. Bez tego parcia wielkomiejskiego. Bo w biegu, bo daleko do pracy, bo zakupy po pracy, bo trzeba szukać pracy, bo nogi bolą i głowa od roznoszenia cefałek, bo w tramwajach smród, powietrze dusi spalinami, oo, już wieczór? jak to ??? I rankiem od nowa polska ludowa.
    Ale gdy bywam w domu rodzinnym, w mieście małym, gdzie większość z widzenia się zna, duszno mi. I chcę wrócić do tego znienawidzonego dużego miasta. I tkwię tak w zawieszeniu już od kilku lat.
    Może, gdybym miała coś pewnego, zajęcie, które sprawiałoby mi przyjemność i czerpała z tego zyski, to osiedliła się w jakiejś małej mieścinie, wioseczce i żyła sobie spokojnie...

    Tekst Twój dobry jak zawsze, konkretny, bez zalewania.
    Wnioskuję z wpisu, że nadal wdychasz wschodnie powietrze ? Miłego zatem, nabieraj sił i energii !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w wioskach jest lepiej. ale nie zawsze. czyli jak wszędzie :) fajnie, że tekst się podoba, a siły o których piszesz wciąż zbieram. teraz mi ich potrzeba bardzo dużo. ściskam!

      Usuń
  2. I "Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma" i "dzięcielinę pałę"-rozumiem i popieram.
    Witaj z powrotem ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zanurzyłam się w Twoją podróż bez reszty i z jakim dobrym morałem ona zwieńczona.
    Zjawisko drugie - aż oczy tarłam, by sprawdzić czy dobrze czytam: "Ludzie po mszy w kościele idą do cerkwi, a jak odpust w parafii to zaglądają tam, gdzie akurat odpust" i zadziwiam się tą piękną historią i już polubiłam księdza i jego małą córeczkę i tez po mszy chodziłabym do cerkwi, słuchać mądrych historii.
    W zjawisku trzecim - czynności tak doskonale przełamane wystawianiem twarzy do słońca, patrzeniem w niebo - "o, kolejne jabłka spadły" i od nowa:)
    Ja gdy podróżuję sobie, zaglądam do ogrodów domów schowanych gdzieś we wsiach rozrzuconych poza głównymi trasami i nie mogę się nadziwić ich pięknem i myślę sobie - byłoby cudownie gdybym... ale jednak nie na stałe - od czasu do czasu.
    Dziękuję za tego pięknego i mądrego posta - ile mi dał radości:) - jestem w zachwycie i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciepły uśmiech wywołałaś u mnie swoim komentarzem. dobrze wiedzieć, że ktoś czuje podobnie i że się trafiło w ten jeden, konkretny punkt. odzdrawiam dziękując za dobre słowo :)

      Usuń
  4. Jeszcze raz to powiem - pewnie nie ostatni, że mnie ta telepatia przeraża: http://zywotzarlonia.blogspot.com/2012/06/daleko-od-szosy.html
    U.
    P.S. Ze wschodu się wyjeżdża, ale wschód w tobie na zawsze zostaje. Nawet jak długo nie wracasz. We mnie został. Do cna jestem podlaska:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ok. oficjalnie stwierdzam, że poziom przerażenia wzrósł też u mnie ;) PS na wschodzie dobrze jest i też chyba powoli w niego wrastam.

      Usuń
  5. A ja myślę, że na wszystko w życiu jest czas. Moje życie uczy mnie cierpliwości i pokory. Przecież musi gdzieś być złoty środek.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Ktoś to wszystko mądrze wymyślił." mądre słowa!:)
    Ja też bywam nad Wieprzem... I to co piszesz bywa moim udziałem z tym, że .... tak pisać może tylko ten, kto na stałe tam nie mieszka. Sierpień zawsze był miesiącem bólu, potu i łez ... teraz jest wystawianiem twarzy do słońca. I niech tak póki co, zostanie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie, że wróciłaś:)
    Mam tak samo jak Ty, tylko w odwrotną stronę ;)
    Jest dobrze jak jest, nie wiem ile potrwa jeszcze to moje "sanatorium", jak w duchu nazywam pobyt na wsi:)

    OdpowiedzUsuń
  8. jak pięknie:) po prostu zwyczajnie pięknie, nie myśląc o przyszlości, chłonąc tu i teraz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czasem to jest najtrudniejsze, więc tym mocniej cieszę się kiedy wychodzi

      Usuń
  9. Zjawiskowe - nomen omen - fotki :))

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękne zdjęcia.
    Mi się marzy takie życie. Nawet jest taka opcja. Boję się tylko decyzji. Bo co, jeśli to tak tylko w filmach ładnie wygląda wszystko? Bo życie weryfikuje, a ja nie chcę znów po dupie dostać za marzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. życie weryfikuje wszystko, ale czasem warto zaryzykować. tylko trzeba być na to ryzyko choć trochę gotowym. życzę Ci tego :)

      Usuń
  11. Bardzo fajne zdjecia, szczególnie dwa ostatnie przypadły mi do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  12. :) można zawsze siedzieć na wsi i pracować... pisać książki...:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pięknie :) rozkoszuj się i nie spiesz, i nie daj się rozproszyć - mam nadzieję, że wakacje trwają :)

    OdpowiedzUsuń
  14. ..pomedytować nad życiem wyrywając chwasty...coś się czai w tych słowach dobrego
    :)
    jak zwykle urzeczona obrazami i słowami pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń