o mnie o mnie o mnie

6 grudnia 2012

sąsiedzi

Nigdy nie przywiązywałam zbytniej wagi do sąsiadowania. Od małego byłam przyzwyczajona, że sąsiedzi po prostu są.
Że to jest oczywista oczywistość. Że, jeśli trzeba - pomogą, pocieszą, pożyczą sól dla mamy.

Z mojego dziecinnego sąsiedztwa pamiętam starszych państwa mieszkających vis-a-vis. Byli z pięknego miasta Chodzież (to to miasto od porcelany). Sądziedzi vis-a-vis wyprawiali urodziny, imieniny, świętowali rocznice, na które zapraszali całą moją rodzinę, z dziadkami włącznie. Pamiętam zapach pokoju starszej sąsiadki. I jej toaletkę z mazidłami. Żadne mazidła nigdy tak potem nie pachniały, jak te u niej. Przedwojennie tak. Dzieliliśmy też wc. Kto nigdy nie miał toalety w starej kamienicy, takiej do której trzeba mieć specjalny klucz i która jest dobrem dwumieszkaniowym, nie zrozumie. Teraz sobie myślę, że to jakiś kosmos, to całe zerkanie przez wizjer, czy sąsiadka już wyszła, czy jeszcze siedzi, ale wtedy to było normalne. Irracjonalne mam wspomnienia z tej toalety. Pamiętam firanki w oknach przewiązane czerwoną wstążką i gołębie gruchające za oknem. I przedziwny, z perspektywy czasu, brak obciachu, że się ma kibel na klatce schodowej. Nawet jak się na liczniku pojawiło lat 21. Przedziwne to.

Wracając do dzieciństwa. Pamiętam śmierć sąsiadów. Jednego z choroby, drugiego z miłości i tęsknoty, za tym pierwszym. Byliśmy na pogrzebie. W tej ładnej Chodzieży. Wtedy pierwszy i ostatni raz widziałam czyjeś zwłoki. I pamiętam, że po śmierci w mieszkaniu sąsiedzkim, jak zaczęli wynosić szafy, pachniało starymi ludźmi.



Z dziecinnego sąsiadowania mam też przebłysk zalanego w trupa faceta z drugiego piętra. I moje, prawie nastoletnie, przerażenie. Leżał sobie ten z drugiego piętra na środku schodów, a ja nie mogłam przejść. Bo co - chwyci za nogę, czy nie chwyci? Wystarczył dzwonek do drzwi na parterze i chwilę potem, za rękę z sąsiadem z dołu, dzielnie przekraczałam, przytulone do schodów, alkoholowe wyczerpanie.

A potem mi się sąsiedztwo rozmyło. Przeprowadzka na drugi koniec miasta. Kamienica zamieniona na osiedle domków takich i śmakich. Coraz wyższe ogrodzenia i żywopłoty (nawet ładne, nie powiem). Była też emigracja do innego miasta i kolejno - cicha okolica ze starszymi, obcymi ludźmi, centrum miasta ze studentami w tle, a teraz stara, piękna kamienica w tej ładniejszej części miasta, na nazwę którego, wielu się wzdryga.

Soli nie pożyczam, na imprezy mnie nie zapraszają (za to zaliczyłam kilka wspólnych spacerów z psem, co sobie chwalę), ale wiem, że wracając po nocy przez ciemne podwórko, nie muszę się bać. Na 95% przy śmietnikach, zapchanych "podejrzanym elementem", usłyszę "cześć", a czasem nawet załapię się na otwieranie drzwi.

Myślę o tym i się zastanawiam, czy i kiedy będę oswajać kolejne miejsce.
Nie wiem czy chcę.

6 komentarzy:

  1. Przeprowadzki i towarzyszące im dziwne poczucie oderwania od rzeczywistości - póki człowiek nie oswoi się z otoczeniem, ludźmi i ich zwyczajami... Czasem można odnieść wrażenie, że jesteś dla nich intruzem, dlatego proces adaptacji w nowym miejscu jest dłuższy i trudniejszy. Kiedyś mi to nie przeszkadzało ...

    OdpowiedzUsuń
  2. ja mam zgoła odmienne wspomnienia z dziecinno-sąseidzkie. Mieszkałam na wsi, więc tu inaczej to wyglądało. Pamiętam jak mama przynosiła mleko od sąsiada - prosto od krowy, a za pomoc przy grabieniu siana czy wykopkach tata przynosił prawdziwą śmietanę, gęstą tak, że łyżka stała w niej na sztorc, albo twarożek. Staruszka -sąsiadka, co przeżyła dwie wojny podawała przez płot cukierki i gruszki, a nawet 4 lata przed moim urodzeniem, w pewną bardzo, bardzo śnieżną zimę, gdy nie dojechała karetka, odebrała poród mojej cioci :-) Pamiętam to, że w podstawówce ganiałyśmy z koleżanką po lesie i było to takie... normalne. Dziś nie wyobrażam sobie puścić dziecka samego do lasu, choć ja ten las znałam jak własną kieszeń i nigdy nie oddalałam się poza znane mi miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  3. A mi brakuje bardzo sąsiadowania. Całe życie mieszkałam w bloku. Sąsiedzi mieli dzieci w naszym wieku więc wszyscy się znaliśmy. Chodziliśmy razem do szkoły, razem bawiliśmy się przed blokiem i mieliśmy wspólne marzenia. Myśleliśmy, ze to przyjaźnie na całe życie. Dorośli raczej razem nie imprezowali, ale na wspólną rozmowę na klatce schodowej każdy znalazł czas. Jak trzeba było o pomoc poprosić, to też nikt nigy nie odmówił. Kwiatki zawsze miał kto podlać jak na wakacje się jechało. A teraz... W wielkim mieście wszyscy są dla siebie obcy. Mieszkam teraz w domku. Na parterze my z Panem B. na piętrze para studentów. Mili młodzi ludzie. Ale kontaktu z nimi żadnego. Chcieliśmy na piwko zaprosić to nie mają czasu, świąteczną kartę im zanieśliśmy bezinteresownie zupełnie, to poczuli się w obowiązku i przynieśli kalendarz pare dni po nowym roku. Bo wypada... Nie podoba mi się to. Zbliża się czas podejmnowania decyzji mieszkaniowych i dla mnie sąsiedzi to ważne kryterium. Nowe miejsce, nowi ludzie. Ale wszyscy wszystkich mamy gdzieś i to dla większości nic specjalnego. Szkoda...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mieszkanie w kamienicy to zupełnie inny klimat niż blok.
    Chociaż zależy jaka kamienica. Bywają takie, że strach tam wejść.
    Mieszkałam kilka lat w różnych kamienicach i chętnie wróciłabym do niektórych.
    A co do sąsiadów, nie wyobrażam sobie żyć w miejscu, gdzie nikt się nie zna, jak to czasem bywa w nowym budownictwie, i tylko z domu do pracy z pracy do domu i tyle.
    Choroba naszych czasów.
    Wychowałam się w miejscu jak przedmówczyni, gdzie wszyscy się znali i sobie pomagali.

    OdpowiedzUsuń
  5. fajne te wasze wspomnienia sąsiedzkie, Ludu Czytający.

    OdpowiedzUsuń
  6. potęga pamięci! Ja tak dobrze pamiętam mieszkanie mojej babci i nią samą, te przebłyski minione pozostają w nas do śmierci. Najciekawsze, że nigdy nie wiesz, co zapamiętasz.

    OdpowiedzUsuń