o mnie o mnie o mnie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oglądam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oglądam. Pokaż wszystkie posty

8 lutego 2013

Czasoumilacze

Ostatnio coraz częściej czuję zew natury. Powrót do rzeczy pierwotnych. A to nawet nie jest lato, kiedy mnie zwykle taka chcica dotyka. Winę zrzucam na sporo wolnego czasu i samotne spacery w terenie, któremu bliżej do wsi, niż wielkiego miasta. W sieci też podróżuję po dziewiczych miejscach. Oglądam żubry, zające, jelenie (klik), łypię na pandy (klik) i się rozpływam nad zdjęciami wilków. Bo pierwotność jest super.

"mówię ci - ja skończę w lesie, gdzieś w górach albo na wsi. mój leń wewnętrzny mi to mówi. a potem się podśmiechuje, bo wiadomo, że jak las, to i bez lenia - wyjść, porąbać, popielić, płot zreperować, psy wyprowadzić i narzekać na komary (no chyba, że to las w opcji góry, wtedy komarów nie ma - tam wyżej przynajmniej)"

źródło


A pisząc to wszystko, w głowie słyszę głos takiego jednego: "przecież ty jak jesteś zimą w górach/lesie i grzęźniesz w śniegu, to najpierw się cieszysz, a potem płaczesz, bluzgasz i boksujesz współtowarzyszy. o chodzeniu w śniegu pod górę, nawet nie wspominam." plotki. pomówienia. fatamorgana. sienieprzyznajesie.

PS dodajcie sobie do "obserwowanych" fanpage Adama Wajraka.*
mało, że mądrze, to jeszcze z takimi zdjęciami, że urywa głowę. ostatnio urwała mi ją łasiczka.


*dla niewtajemniczonych: Adam Wajrak - dziennikarz Gazety Wyborczej, mieszka w Puszczy Białowieskiej.

______________
przypominam się poznańskim blogerom i czytaczom.
ktokolwiek, cokolwiek - dajcie znać.

31 stycznia 2013

Marrakesz

Wszyscy którzy poczuli się niedopieszczeni pierwszą częścią wspomnień z podróży, powinni się teraz szykować na orgię zdjęciowo-opisową.

Zacznę od tego, że byłyśmy skołowane. Nawet bardzo. Pół godziny nam kazali kołować nad Marrakeszem. Na szczęście widoki sporo wynagradzały. A było co oglądać, bo czerwone miasto (główny kolor w Marrakeszu) prezentowało się podobno bardzo dobrze. Prawie tak dobrze jak mój cień na zdjęciu.

Samo lądowanie obyło się bez przygód i dzięki temu Agnieszka, w jednym kawałku mogła nas zameldować w hostelu (mamy namiary - miejscówka godna polecenia).
I od razu zaznaczam - jeśli ktoś myśli, że takie zameldowanie, to żaden wyczyn, bo po angielsku można spikać, to się zaraz zdziwi, bo w Maroku to tylko francuski, a Agnieszka nie parla:

"Nie znam w ogóle francuskiego, więc był problem komunikacyjny na poziomie języka, jednak mowa ciała i gesty dawały radę. Choć miałam też takie rozmowy, podczas których ktoś coś po angielsku i arabsku, a ja mu na to po angielsku, ale też się jakoś udawało"


Pisałam już, że biję pokłony przed Agnieszką? To biję je nadal. Mocno.























Ale wracając do podróży. W Marrakeszu dużo i często nas dotykali i zachęcali, żeby coś kupić. Agnieszka mówiła, że ma mały bagaż i nie zmieści (poza tym ja też chciałam mieć czym oddychać siedząc w plecakowej kieszeni), ale i tak pytali. Ciągle. Poza tym też dużo hałasowali. Bo to jest strasznie głośne i trochę nieznośne miasto. Nie polecamy wielbicielom ciszy i klimatów zen.
























To, co widać na zdjęciu, to plac Jemaa el Fnaa - największy plac w Marrakeszu, zabytek znajdujący się na światowej liście UNESCO i największa turystyczna atrakcja miasta. Plac prawie nigdy nie jest pusty (Agnieszka: "robiłam tam zdjęcia o każdej porze dnia, w tym samym punkcie i plac był pusty tylko raz, o 4 rano, gdy biegłam na pociąg i nie miałam czasu, żeby zrobić zdjęcie ;))". W tym miejscu istnieje duża szansa, że cię: okradną, naciągną albo przejadą skuterem.



Skuter to w ogóle najchętniej używany środek lokomocji i wizytówka Marrakeszu. Chciałam się nim przejechać, ale nikt mnie nie chciał zabrać. A tak się niby wszyscy chwalą, że skutery to symbol równouprawnienia, bo jeżdżą na nich i mężczyźni i kobiety (ubrane normalnie lub pozakrywane). Tylko co to za równouprawienie, jak Krasnali nie biorą pod uwagę?

Żeby sobie jakoś wynagrodzić niepowodzenia skuterowe, postanowiłyśmy z Agnieszką powysyłać trochę kartek. W tym momencie moja decyzyjność została wystawiona na dużą próbę:






















Podobnie zresztą, jak w okolicy skrzynek pocztowych. Niby wszystkie takie same, ale jednak trudno wybrać:

















Tym bardziej, że po drodze były koty. Dużo kotów skutecznie odwracających uwagę:

A kiedy nam się znudziło wysyłanie kartek, oglądanie kotów i uciekanie przed skuterami, poszłyśmy coś zjeść (Agnieszka: "jedzenie dla turystów jest dość drogie, ale jadłam i piłam "na ulicy" i nic mi nie było, chociaż podobno niektórzy mają przygody z tego tytułu. Jedzenie w ogóle jest pyszne - świeży sok z pomarańczy, opuncje figowe, bakalie, ciecierzyca na ciepło, kuskus, tagine (na zdjęciu)"):

Ja musiałam się niestety obejść smakiem, bo istniało niebezpieczeństwo, że wpadnę do talerza. A po jedzeniu to już poszło gładko - kolejno: Aga wizytowała piwnicę (nie pytajcie o szczegóły, byłam w plecaku, nic nie widziałam, nic nie słyszałam - ale podobno był zimny pot na plecach), szwędałyśmy się wieczorem po placu, gdzie ciągle coś się dzieje i zaliczyłyśmy poranny bieg na dworzec kolejowy:






















Kierunek Fez, 9 godzin w pociągu i szybka zmiana czasu (cofamy się o 2 godziny).
Pociągi w środku wyglądają całkiem do rzeczy, cenowo przytulają się do naszego TLK i można się w nich lansować (Agnieszka: W wagonie byłyśmy często jedynymi Europejkami).





















I tak sobie właśnie podróżowałyśmy przez Maroko. 

Ciąg dalszy nastąpi (i będą podrywy!)


PS dziękuję. za 14 stronę w 13 roku. wszystkim tym, którzy już tu u mnie wcześniej byli, i z okazji konkursowego wyskoku, doszli do wniosku, że warto użyć technologii i dać znać, że lubią. a wszystkich nowo przybyłych witam i zapraszam do zwiedzania. się nie krępujcie. przedstawić się można, pokazać, ujawnić. bo PRZYPOMINACZ wciąż aktualny.

*wszystkie zdjęcia są autorstwa Agnieszki

29 stycznia 2013

wakacje nie wakacje

Czyli spóźniona relacja z podróży Kurdupla* do Maroka.

Nikt mnie nie widział, kiedy dostałam maila, od mojego przewodnika po ciepłym kraju, z opowieściami i zdjęciami. Nikt. Na szczęście. Bo skakałam na krześle i szczerzyłam się do monitora, jakbym wygrała czteropak ptasiego mleczka. Albo jakbym co najmniej sama tam była. Taki niekontrolowany szał uniesień.

Tym razem za mojego przewodnika (a raczej przewodniczkę) robiła Agnieszka. Dbała o to, żeby mi się szyja nie urwała (została tylko lekko wygięta), żeby mnie bileter z autobusu nie ukradł i żebym nie wpadła do żadnego talerza z ciecierzycą. Ma moją wdzięczność aż po grób.

A było to tak:
Dawno, dawno temu, w październiku, gdzieś z przytulnego mieszkania w stolicy, został wysłany mail, do równie przytulnego mieszkania na Śląsku, z propozycją wyjazdu. Śląsk na propozycję przystał i postanowił się przygotować. Żadne tam wymięte koszulki. W ruch poszła sukienka, ogrodniczki i okulary przeciwsłoneczne. W końcu ciepłe kraje zobowiązują. Była sesja, było kurczenie się, skanowanie, drukowanie, wycinanie i różne takie. A potem szybka wysyłka, pakowanie do torby i start!


Bagaż, jak widać bardzo niepozorny, ale to wszystko zasługa kompresji. Czary mary i gotowe.





























W ogóle Agnieszka radziła sobie ze wszystkim świetnie (przekonacie się wkrótce), a ta cała daleka wyprawa do Maroko, to część jej samodzielnej (tak, pojechała kompletnie sama - biję pokłony, ja, tchórz podróżniczy, biję, aż mi się chodnik odciska na czole) podróży na trasie: Warszawa - Wrocław - Girona - Barcelona - Marrakesz - Fez - Rabat - Tangier - Paryż - Kraków - Warszawa.




























Też mogłam zaliczyć tę całą podróż (propozycja padła), ale przecież Kurdupel jest światowy, w Paryżu i Barcelonie już był, więc postanowiłam, że aż do Maroka chowam się w plecaku.

I w tym miejscu, żeby zachować napięcie czytelnicze, powinnam postawić kropkę i napisać cdn., ale nie mam zapędów sadystycznych, więc dorzucę coś jeszcze. Od Agnieszki. Napisała:

"Maroko to kraj bezpańskich kotów. Są wszędzie i wszyscy je karmią. Spędziłam tam 6 dni (za mało) i na pewno wrócę, szczególnie, że nie byłam ani na pustyni, ani w górach." 

A ja od siebie dorzucam: "do czasowników spędzić i być, w ostatnim zdaniu, uprasza się o dodanie końcówki -śmy".

Więcej wkrótce. Startujemy w Marrakeszu.






















Komu w drogę, temu wielbłąd:

























*Kurdupel vel Krasnal vel wstrząśnięta-niezmieszana
**wszystkie zdjęcia są autorstwa Agnieszki

________________________
i na koniec: PRZYPOMINACZ

16 stycznia 2013

10 Items or Less

Ten post sponsoruje Morgan Freeman i film "10 Items or Less". Uwielbiam. Polecam. Jeden z fragmentów, który zawsze mnie na chwilę zatrzymuje, to ten, gdy pada pytanie o 10 rzeczy, których się nie znosi i 10, które się uwielbia, i chciałoby zatrzymać w swoim życiu. Mają to być odpowiedzi spontaniczne, bez zastanawiania się. Zapomniałam ich sobie udzielić po pierwszym oglądaniu. Dzisiaj zapisuję. I może kiedyś sprawdzę czy coś się zmieniło.



  1. książki
  2. mój rower
  3. góry
  4. muzykę
  5. swój głos
  6. mojego psa
  7. przytulanie
  8. święty spokój
  9. mocną kawę o poranku
  10. podniebną kawalerkę

A Ty? Które 10 rzeczy byś zatrzymał(a)?

15 listopada 2012

podróżować chcę InterRail

- a zabrałeś ze sobą izę? - po raz kolejny, przed wyjściem w teren, zapytała Iwona.
- nie izę, tylko wstrząśniętą-niezmieszaną, i tak - zabrałem, jak zawsze, jak wszędzie.
  tę małą przyzwoitkę
- mruknął pod nosem Paweł.


Nie żebym rzeczywiście robiła za przyzwoitkę i powodowała czyjeś pomrukiwanie, ale wiem na pewno, że
zupełnie niechcący, moja urocza, zminiaturyzowana wersja, była oczkiem w głowie, podczas tej podróży.
Dodam - fantastycznej.

kliknij w mapkę - się powiększy





























Dawno, dawno temu, obiecałam sobie i wam, rozmowę z Pawłem w temacie EUROTRIP 2012 (kto nie wie o co chodzi, klika najpierw: TUTAJ). Jak jeździli, czym jeździli, za ile, kiedy i czy warto. Wysłałam do Pawła maila z pytaniami, niedawno dostałam odpowiedzi i tak powstał krótki wywiad:

21 października 2012

jesień

Nic mnie tak ostatnio nie zajmuje, jak pobudki o 6.00 rano i, na wpół śpiące, bieganie z aparatem.
Bo ja nie mogę przejść obojętnie obok tego, co mi się za oknem wyprawia. No nie mogę.

2 października 2012

making off

czyli "kropka nad i" moich darmowych, europejskich wakacji na których tak naprawdę nie byłam.
A gdzie nie byłam można poczytać tutaj:

WIEDEŃ + historia jak to się wszystko zaczęło
INNSBRUCK - czyli pierwsze karmienie
ZURICH - z wyjątkowymi parkingami dla rowerów
PARIS 1 - a konkretnie mój list DO Paryża
PARIS 2 - z zachwytami nad boskim TGV
PARYŻ - BARCELONA + ja na okładce magazynu
BARCELONA - wypisuję kartki, piję wino i prawie zwiedzam stadion FC Barcelona
MADRYT - dużo zabytków, w tym fiat 500
LIZBONA 1 - o gigantycznych muffinkach i wywiewaniu myśli z głowy
LIZBONA 2 - żółta 28ka, winda i oświecona ja
PORTO - o tramwaju nad morze, piwie, kotach i śląskim akcencie
PRAGA 1 - dwa lotniska + prohibicja
PRAGA 2 - czyli koncert Coldplay
i dodatek "JAK PODRÓŻUJEMY?"


Że sesja zdjęciowa, że praca obróbkowa w Lightroomie, że długie wybieranie tych właściwych zdjęć, że drukowanie najlepszych i, prawie nocne, oddawanie ich w dobre podróżnicze ręce, pisać nie będę, bo to oczywiste. Za to co się działo potem! Przed wyjazdem dostałam od Pawła informację:

właśnie nożykiem do tapet wycinam Ci pola pod ramionami, strasznie krzyczysz, a przecież nie dzieje Ci się krzywda



























I ten proces przeszło jeszcze kilka innych moich miniaturek. A trochę ich było. Zostałam powielona w ilości - sztuk 6, w dwóch pakietach (na wypadek zamoczenia, zagubienia, czy zjedzenia przez dzikie zwierzęta). Zdjęć pakietów niestety nie posiadam, bo i po co. Za to posiadam zdjęcia późniejszych sesji fotograficznych z terenu, "od kuchni". A wyglądało to mniej więcej tak:


INNSBRUCK


















































BARCELONA




















































MADRYT






















































LIZBONA




























I moje dwa ulubione making offy, czyli:
CABO DA ROCA




























PARYŻ




























































Mam też zdjęcie, dzięki któremu znalazłam szybką odpowiedź na pytanie "dlaczego miałam tak mało fotek na plaży".
W planie podobno było ich więcej, do momentu kiedy Paweł nie stwierdził, że dobrze mi będzie w bikini. Takim nowoczesnym, nakładanym na ubranie. I mu się trochę to bikini przerysowało. Dość perwersyjnie nawet.
Uprasza się o pominięcie tego procederu milczeniem. Wskazana jest nawet minuta ciszy.























Ręka na zdjęciu moja, zdjęcie zrobione już po powrocie, w mojej podniebnej kawalerce (przy kawie i opowieściach), a w tle magiczne bilety dzięki którym można przejechać pół Europy.


A to już Team IP (Iwona i Paweł) czyli PODRÓŻNICZA DWÓJCA:



Pojęcia nie macie jak ja się cieszę, że wpadłam na ten szalony pomysł i, że Oni się zgodzili go zrealizować :) Dzięki temu wrzesień był jakiś taki fajniejszy, niż zwykle, a ja mogłam sobie podróżować i świetnie się przy tym bawić, siedząc w domu. Niebawem krótki wywiad z Pawłem w temacie samej podróży, czyli "jak to się udało?", bo to wcale nie było takie hop siup. Martwiłam się czy ekipa nie dostała przypadkiem odsiedzin, ale z tego co mi wiadomo wrócili cali i zdrowi.

CIEKAWOSTKA
dopiero po opuszczeniu, przez Team IP, Paryża trafiłam na bardzo klimatyczne i bardzo w temacie, nagranie Lany Del Rey, więc potem słuchałam go zawsze podczas obróbki zdjęć i tworzenia tekstów. uznajmy, że to była piosenka przewodnia EUROTRIP 2012:


PS 1 wstrząśnięta-niezmieszana pojechała właśnie do Maroka. a potem będzie jeszcze jej kolejna, zimowa już odsłona, ale za to, w dość ciepłym kraju. i to tyle planów na teraz. ale ja się muszę zapytać o najważniejsze - czy Wam się to w ogóle chce czytać, czy Wy się przypadkiem nie nudzicie, jak ja tak sobie podróżuję?

PS 2 już to pisałam, ale powtórzę. w życiu blogerki/blogera najfajniejsze jest poznawanie nowych ludzi. Iwony, która podróżowała z Pawłem, jeszcze nie poznałam osobiście, ale już wymieniłam z nią kilka maili i dostałam zaproszenie na zrealizowanie punktu 25 z listy "31", czyli jazdy konnej. Może jeszcze zdążę przed urodzinami :)


*zdjęcia "od kuchni" autorstwa Iwony, reszcie winny jest Paweł i moja obróbka

17 września 2012

Coldplay w Pradze

Poniedziałek ogłaszam dniem dobrych wiadomości. I niespodzianek. Ale po kolei.
Najpierw wiadomość z gatunku tych gorszych:

Oficjalnie ogłaszam koniec (chlip, chlip) EUROTRIP 2012! Team IP właśnie zmierza do Polski. 

A skoro to koniec - poczytajcie sobie jak było. Po kolei.
Wszystkie odcinki serialu "wstrząśnięta-niezmieszana w podróży", dostępne są tutaj:


WIEDEŃ + historia jak to się wszystko zaczęło
INNSBRUCK - czyli pierwsze karmienie
ZURICH - z wyjątkowymi parkingami dla rowerów
PARIS 1 - a konkretnie mój list DO Paryża
PARIS 2 - z zachwytami nad boskim TGV
PARYŻ - BARCELONA + ja na okładce magazynu
BARCELONA - wypisuję kartki, piję wino i prawie zwiedzam stadion FC Barcelona
MADRYT - dużo zabytków, w tym fiat 500
LIZBONA 1 - o gigantycznych muffinkach i wywiewaniu myśli z głowy
LIZBONA 2 - żółta 28ka, winda i oświecona ja
PORTO - o tramwaju nad morze, piwie, kotach i śląskim akcencie
PRAGA 1 - dwa lotniska + prohibicja
PRAGA 2 - czyli koncert Coldplay
i dodatek "JAK PODRÓŻUJEMY?"


Już jesteśmy po koncercie. Genialnym podobno. Nie mam zdjęcia z Chrisem Martinem, ale za to mam coś z dedykacją
(nie, też nie od Chrisa Martina). I się cieszę i chcę podzielić. Najpierw jednak wprowadzenie, czyli: przybyliśmy na arenę, dostaliśmy świecące opaski i ulotki.




























































Ja się na opaskę nie załapałam (bo dla Krasnali nie produkują), ale za to mogłam przez rozpoczęciem koncertu, bezkarnie się wydzierać na stadionie. Emocje wzięły górę. A miałam się zachowywać. Ech...



























I się zaczęło.





























A teraz czas na dobre wiadomości:
1. dla tych, co się wybierają na koncert Coldplay w Warszawie.
Paweł informuje: jeżeli jesteście na samym końcu w tłumie to nie martwcie się :) po jakimś czasie okaże się, że jesteście bardzo blisko artystów. podpowiedź: trzymaj się lewej strony :)
2. niespodzianka od Pawła z dedykacją specjalnie dla mnie. nikt mi jeszcze niczego na jutubie nie dedykował, więc nie wiem czy się wzruszać, czy zachować stoicki spokój. jak się kliknie w oglądanie jutubowe, a nie blogowe, to tam widać taki mały, nic nieznaczący podpis: "Specjalnie dla wstrzasnieta-niezmieszana.blogspot.com"

                                                                              klik: OGLĄDANIE JUTUBOWE 

3. dzisiaj idę się reklamować z nadzieją na plecach 
(nadzieja jest potocznie nazywana "stałym dochodem")

PS wkrótce pojawi się trochę "making offu" i rozmów "od kuchni".

* všechny fotky Pavel

16 września 2012

Praga

Darmowe europejskie wakacje mi się kończą. Wyczuwam nadchodzącą depresję. Zmienność nastrojów. Nawet klawiatura komputera drży na samą myśl bycia nieużywaną. Wychodzi na to, że nie mam wyjścia - muszę niedługo znowu wyjechać.
I ja już nawet wiem dokąd. Będzie ciepło. Będzie przyjemnie. Trwają ustalenia. Ustalenia powodujące, że koniec EUROTRIP 2012, boli trochę mniej. Ufff.

Ale odbiegłam od tematu - Praga. Zanim jakiekolwiek stopy stanęły na czeskiej ziemi, trzeba się było jakoś wynieść z Porto. Zrobiliśmy to po pierwsze - ze smutkiem, a po drugie samolotem. Kilkoma nawet.

Wszystko zaczęło się o godzinie 7 rano. Szybka wizyta na lotnisku, wschód słońca i kierunek Mediolan.



























14 września 2012

Porto

Widzieliśmy, zwiedziliśmy, podobało nam się.
Ze znanej Wam już stacji Oriente w Lizbonie, pojechaliśmy IC do Porto. To w końcu tylko 2,5 godziny drogi.



























11 września 2012

Lizbona

Są takie rzeczy na które człowiek czeka z utęsknieniem, bo kiedyś o nich usłyszał, zobaczył w telewizji, poczytał trochę.
I ja, odkąd zobaczyłam tramwaj w San Francisco i tramwaj w Lizbonie, wiedziałam, że muszę się nimi przejechać. Pierwszy jeszcze trochę na mniej poczeka, drugi w zasadzie też, chociaż od teraz mogę go uznać za na wpół zaliczonego.

Tramwajową linię turystyczną numer 28 polecała nam gorąco Kasia Kawa (poleciła również dużo więcej, do poczytania tutaj, w komentarzach), więc tym bardziej trzeba było skorzystać.