o mnie o mnie o mnie

7 września 2012

Barcelona

Czyli wino, kieszonkowcy, fontanny, piłka nożna (yyyyy..?!) i pozdrowienia wysyłane w świat.

Na starcie La Rambla - najpopularniejsza ulica w Barcelonie. Długa i pełna, jak to ujął Paweł,
"knajpek oferujących tapas srapas" oraz kieszonkowców (nikt mnie nie ukradł - dobrze jest)





















Potem nastąpiło coś, czego nie rozumiem.
To znaczy rozumiem - Hiszpania, mistrz świata w piłce nożnej, EURO2012 wygrali, ale ... really?
Że ja w okolicach stadionu FC Barcelona? R-E-A-L-L-Y?



























Wychodzi na to, że jak się podróżuje z facetem i jak się jest w opcji miniaturowej, to się nie ma nic do gadania. Phi.
To może jeszcze trochę mądrości z Wikipedii: "(na stadionie) Camp Nou rozgrywane są mecze klubu FC Barcelona. Jego trybuny mieszczą 98 772 osób, czyniąc go największym czynnym stadionem w Europie i jednym z największych stadionów na świecie". A na zdjęciach poniżej szał ciał, czyli: własny firmowy sklep, koszulki, gadżety, chipsy, makarony itepe:



























Potem było już tylko lepiej. Ruchomymi schodami w górę, prosto do Parku Guell zaprojektowanego przez Gaudiego.



























To podobno jeden z najbardziej niezwykłych parków miejskich na świecie.
Znajduje się na wzgórzu, więc można stamtąd podziwiać fantastyczną panoramą Barcelony:



























Samo miasto spodobało mi się tak bardzo, że postanowiłam nawet wysłać kilka kartek.



























W rolach główny (wypisująco-wysyłających) wystąpili:
  • Iwona i jej cudne czerwone paznokcie






































  • oraz żółta skrzynka pocztowa
































Znaczki pocztowe można kupić w dwóch miejscach - na poczcie i w sklepach z papierosami, czyli słynnych tabac.


I żeby nie było, że nie mam żadnych zdjęć z zabytkami, to proszzzz (katedra Sagrada Familia)





























A po długim zwiedzaniu było też trochę nocnego obijania się, plażowania w towarzystwie multimedialnych fontann
































i picia tradycyjnego hiszpańskiego wina Sangria (podawane z pomarańczami, cytryną i lodem - cytuję:
"daje kopa i można je pić hektolitrami"). Ja chyba wypiłam za dużo, bo aż zaczęłam z tego wszystkiego świecić.





























Aaaaa i mam swoje kolejne ulubione zdjęcie (zaraz po ulubionym z Paryża i ulubionym z TGV):





























Swoją drogą zauważyłam, że jakoś mało jem. Ostatnio wrzuciłam coś na ząb w Innsbrucku.
Może w Madrycie mnie w końcu nakarmią. Czy ktoś słyszy moje żale? Haaaaalo...




PS Ludu Czytający, czy ja Cię przypadkiem nie zanudzam?


*todas las fotos Pablo 

5 komentarzy:

  1. Eeee...:) Zazdrość mnie zżera - chyba przestanę tu zaglądać:/

    OdpowiedzUsuń
  2. Więcej, więcej.
    Zdjęć też więcej.
    Smacznego Ci życzę głodna kobieto ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach Barcelona - piękności! mam zdjecie w koszulce FC Barcelony - zrobiłam sobie w przymierzalni;) to były wakacje...10 lat temu ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nawet śmiałam się, że ci wszyscy kieszonkowcy, którymi straszy się nawet w przewodnikach już dawno wyjechali z Barcelony, bo turyści są zbyt uważni.

    OdpowiedzUsuń
  5. O matko, to tam są kieszonkowcy w takim porządnym zachodnim kraju ?? :-)))

    OdpowiedzUsuń