o mnie o mnie o mnie

29 stycznia 2013

wakacje nie wakacje

Czyli spóźniona relacja z podróży Kurdupla* do Maroka.

Nikt mnie nie widział, kiedy dostałam maila, od mojego przewodnika po ciepłym kraju, z opowieściami i zdjęciami. Nikt. Na szczęście. Bo skakałam na krześle i szczerzyłam się do monitora, jakbym wygrała czteropak ptasiego mleczka. Albo jakbym co najmniej sama tam była. Taki niekontrolowany szał uniesień.

Tym razem za mojego przewodnika (a raczej przewodniczkę) robiła Agnieszka. Dbała o to, żeby mi się szyja nie urwała (została tylko lekko wygięta), żeby mnie bileter z autobusu nie ukradł i żebym nie wpadła do żadnego talerza z ciecierzycą. Ma moją wdzięczność aż po grób.

A było to tak:
Dawno, dawno temu, w październiku, gdzieś z przytulnego mieszkania w stolicy, został wysłany mail, do równie przytulnego mieszkania na Śląsku, z propozycją wyjazdu. Śląsk na propozycję przystał i postanowił się przygotować. Żadne tam wymięte koszulki. W ruch poszła sukienka, ogrodniczki i okulary przeciwsłoneczne. W końcu ciepłe kraje zobowiązują. Była sesja, było kurczenie się, skanowanie, drukowanie, wycinanie i różne takie. A potem szybka wysyłka, pakowanie do torby i start!


Bagaż, jak widać bardzo niepozorny, ale to wszystko zasługa kompresji. Czary mary i gotowe.





























W ogóle Agnieszka radziła sobie ze wszystkim świetnie (przekonacie się wkrótce), a ta cała daleka wyprawa do Maroko, to część jej samodzielnej (tak, pojechała kompletnie sama - biję pokłony, ja, tchórz podróżniczy, biję, aż mi się chodnik odciska na czole) podróży na trasie: Warszawa - Wrocław - Girona - Barcelona - Marrakesz - Fez - Rabat - Tangier - Paryż - Kraków - Warszawa.




























Też mogłam zaliczyć tę całą podróż (propozycja padła), ale przecież Kurdupel jest światowy, w Paryżu i Barcelonie już był, więc postanowiłam, że aż do Maroka chowam się w plecaku.

I w tym miejscu, żeby zachować napięcie czytelnicze, powinnam postawić kropkę i napisać cdn., ale nie mam zapędów sadystycznych, więc dorzucę coś jeszcze. Od Agnieszki. Napisała:

"Maroko to kraj bezpańskich kotów. Są wszędzie i wszyscy je karmią. Spędziłam tam 6 dni (za mało) i na pewno wrócę, szczególnie, że nie byłam ani na pustyni, ani w górach." 

A ja od siebie dorzucam: "do czasowników spędzić i być, w ostatnim zdaniu, uprasza się o dodanie końcówki -śmy".

Więcej wkrótce. Startujemy w Marrakeszu.






















Komu w drogę, temu wielbłąd:

























*Kurdupel vel Krasnal vel wstrząśnięta-niezmieszana
**wszystkie zdjęcia są autorstwa Agnieszki

________________________
i na koniec: PRZYPOMINACZ

8 komentarzy:

  1. No jak to ??
    narobilas smaka i opowiesc sie urywa? i trzeba czekac??
    Ja sie tak nie bawie :-P

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze być takim krasnalem! Wysyłaj zdjęcia. Po feriach zabieram Cię do szkoły :D

    OdpowiedzUsuń
  3. No wiesz co Krasnalu??!! ja tu się przygotowałam na wielkie czytanie i oglądanie, herbatę zrobiłam na rozgrzewkę i ciastka cynamonowe do tego, a Ty nam tu tylko przedsmak serwujesz ?? ;-D
    szykuje się zarąbista opowieść, nie mogę się już doczekać Agnieszkowej podróży z uroczym Krasnalem ( w sukience szczególnie :D) pod pachą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. skoro ty się tak przygotowujesz do czytania (ciastka, herbata), to nie mam wyjścia - kolejna część musi być dłuższa.

      Usuń
  4. wielbłądy to najgorszy środek transportu, jakim miałam okazję się przemieszczać. :]

    OdpowiedzUsuń
  5. No, no... zazdroszczę wycieczki :) Dostałam maila. Odpiszę dziś :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Sama? Podziwiam. Ja sama nie umiałam się nawet wybrać na Blog Forum do Gdańska - wstyd!

    OdpowiedzUsuń